Forum Pisarskie podziemie Strona Główna
Zaloguj Rejestracja Profil Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości FAQ Szukaj Użytkownicy Grupy
Czarna Rękawiczka
Idź do strony 1, 2  Następny
 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Pisarskie podziemie Strona Główna -> Opowiadania
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
niespokojna




Dołączył: 11 Lis 2009
Posty: 437
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 1 raz
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: nibylandia

PostWysłany: Sob 19:24, 22 Maj 2010    Temat postu: Czarna Rękawiczka

Specjalnie dla Alojzego, który wcale, a wcale się nie podlizuje. Wcale. Chyba jedyna dłuższa forma, która trzasłam, którą dodam za jednym zamachem. Co się będę na drobne rozbijać. Autorka

pisane na krótko przed dwoma opakowaniami.
Czarna rękawiczka.

Rozdział pierwszy: “Witaj w świecie chaosu i życiowych pomyłek.’’ wrzesień.

Wiatr dmuchnął raz jeszcze. Czarna rękawiczka uleciała z ręki eleganckiej kobiety, idącej u boku równie eleganckiego mężczyzny. Uniosła idealnie wyregulowane brwi, zaśmiała się sztucznym ‘reklamowym’ śmiechem i podbiegła ją podnieść. Stukot cienkich, lakierowanych obcasików niósł się po wilgotnym betonie. Cieniutką, skórzaną rękawiczkę w ręku trzymała dziewczyna. Musztardowo żółta, wełniana czapka była wciągnięta głęboko na dredy- prawie, że w białym odcieniu blond. Palce lekko pożółkłe od ciągłego palenia fajek, paznokcie poobgryzane do krwi. Cera blada, lekko poszarzała. Oczy wielkie, szare i podkrążone. Fioletowe sińce w kształcie podków widoczne były z daleka. Zacisnęła cienkie usta i podała rękawiczkę oniemiałej kobiecie. Obróciła się na pięcie, szurając znoszonymi glanami, podbiegła na róg ulicy i usiadła na chodniku. Kobieta powoli wracając do zniecierpliwionego towarzysza, zerkającego co jakiś czas na zegarek obejrzała się przez ramię. Widziała, że dziewczyna jest zmarznięta, wychudzona. Spierzchnięte usta przesuwały się w tę i z powrotem po zardzewiałej harmonijce, obok na chodniku leżała puszka na datki. Było ich niewiele. Elegancka blondynka już miała iść, gdy do jej uszu dobiegły znajome dźwięki. Odwróciła głowę raz jeszcze. To ta albinoska wygrywała starą piosenkę, którą do poduszki śpiewała jej mama. Szybkim krokiem podeszła i zaczęła uważnie słuchać, tak dawno nie słyszała tej melodii. Kiwała się powoli pozwalając by fala ciepła ogarnęła całe jej ciało. Dredowata nagle przerwała, i spojrzała podejrzliwie na kobietę. Uśmiechnęła się ona ciepło, wyciągnęła dwudziestkę z portfela i podała nastolatce.
- Proszę, kup sobie coś ciepłego do jedzenia.- odeszła, stukocąc obcasikami po schnącym bruku i przepraszając bardzo zniecierpliwionego mężczyznę.
Godziny ciągnęły się leniwie, jak zwykle w takie zimno. Anna miała wrażenie, że tyłek przymarza jej do chodnika, lecz dzielnie grała dalej. Chłodne jesienne słońce oświetlało jej bladą twarz, jeszcze bardziej uwydatniając sińce i zadrapania na skórze. Po samym jej wyglądzie wnioskowało się, iż nie ma łatwego życia. Obok niej miastowe ptaki dziobały, co się dało z chodnika. Nakruszyła im kawałeczek swojej kanapki. Około godziny ósmej, jakby wszystko się rozkręciło i nabrało rozpędu. Na ulice Wrocławia wyjechało więcej samochodów, liczniejsze tramwaje pędziły po szynach, rozwożąc ludzi w różne strony miasta. Miasto budziło się do życia, wystawiając ku światu zalaną jesiennym słońcem, rozdrażnioną, spoconą twarz.
Zaraz, chwila. Zróbmy kolejny akapit i na chwilę przerwijmy. Zapewne zapytacie, kim jestem? Cóż, prowizorycznie mogę przedstawić się jako Roznosiciel ulotek. Co może Cię obchodzić ile mam lat, jaki jest kolor moich włosów, brwi? No dokładnie. Masz to gdzieś. Przeczytałbyś to tylko z tego cholernie wygodnego przyzwyczajenia. Bo przecież w każdej dobrej książce jest bohater i dokładny jego opis. Mam nadzieję, że zbytnio nie rozczaruje Cię fakt, iż tutaj to pominę. Nie pytaj, wypowiesz tylko zbędne słowa, to też nie jest potrzebne. No dalej, przyznaj mi racje, przecież dokładnie tak jest.
Wracajmy z powrotem. Ale tylko na chwilę.
Dźwięk się załamał i zamilkł. Po chodniku przeszło jeszcze kilka par butów i róg ulicy był pusty. Na ziemi nie bylo puszki z datkami. Kojąca melodia umilkła.

Zapytałbym: jak to jest kiedy ból w płucach próbuje przerwać trans? Kiedy uczucie rozerwania jest silniejsze od Ciebie? Gdy oczy nie widzą nic poza rozległą ciemną równiną; płaską jak kartka papieru; pełną płonących krzewów. Uśmiechasz się, być może ironicznie,
myśląc: -‘Więc to jest ten raj?’- i padasz na ziemię dusząc się gęstym dymem. Powiedziałabyś jak to jest? Gdy oczy wciskają się głęboko w oczodoły, a do ust wpadają grudy świeżej cmentarnej ziemi? Powiedziałabyś; tonem ociekającym ironią.
- Cholernie dobrze.
To taka smutna prawda o Tobie, droga Anno, o przerażających oczach, zakurzonych paznokciach, niespełnionych snach. Napisałem już zbyt dużo. Ale to dopiero początek. Coś jak prolog w jednej z książek leżących na górnych półkach.

Chaosu ciąg dalszy;

Blond loki; ułożenie ich kosztowało wiele godzin wysiłku, w nieładzie porozrzucane po ziemi. Metaliczny szczęk nożyczek. Na stoliku leży na wpół opróżniona butelka drogiego wina i kieliszek ze śladami krwawo czerwonej szminki na obrzeżach. Łzy płyną delikatnym strumieniem po porcelanowo-białej twarzy, zataczając łuki na idealnych kościach policzkowych, rozmazują tusz do rzęs. Zadbana kobieca dłoń mocno ściska czarną, skórzaną rękawiczkę.

Chaotycznie to trochę przedstawione. Pomyśl teraz przez chwilę, oderwij wzrok od ekranu. Zaparz sobie herbatę, zrób cokolwiek. Może kiedyś to uporządkuję, na razie nie widzę sensu. To tylko taka pisanina w kilku osobach naraz. Zaczyna mi się tu podobać; literacki świat pełen drukowanych liter, faktów, wymysłów. Pikanteria i słodkości.
Z całym szacunkiem, ale mam Cię gdzieś.
Roznosiciel ulotek.


Mdły zapach, bliżej nieokreślony, poranną mgłą pod niebem. Tam gdzie kończy się to, co wydawać mogłoby Ci się ludzkie. Wysuszona, przez jesienne słońce kość, może ludzka może nie. Co prawda, wygląda jak piszczel, niemożliwe? Jednak prawdziwe, cholernie rzeczywiste. W co czystszych kałużach pływają brudno-pomarańczowe liście, irytujący ich chrzęst pod stopami. Nie bój się, idź dalej, kilkadziesiąt metrów betonowej płyty pod twymi stopami. Pęknięcia na chodniku; w kilkunastu miejscach. Promienie słońca tu nie docierają, policyjne koguty zwykle cichną szybciej niż się włączyły. Wystarczy poręczny pistolet i wprawna ręka. Brak sumienia, pomyślisz, Twój sposób rozumowania jest surrealistyczny choć, właściwy. Słyszysz chrupot szkła pod stopami? Czujesz, że jeszcze chwila i, mówiąc slangiem ‘puścisz pawia’? Idź dalej, wiem, że przeraża Cię ten Dom. ‘’Chwila, jaki Dom?!’’ Soczyście zielony bluszcz, pięknie kontrastuje z wyblakłą cegłą, czyż nie? Pewnie chodziło o to, że wygląda jak ruiny. Niekoniecznie, to kwestia gustu i odpowiedniego kontu widzenia.

Atrament się leje, leje się strumieniami, plami już i tak brudne palce. Granat, wszędzie granatowy kolor. I ból. Rozrywający, rozszarpujący od środka ból. Zacisnęła mocniej oczy, obramowane białymi rzęsami. ‘Bo kochać, to żyć niebezpiecznie’ natrętnie niczym mucha, idea w głowie, złota myśl na następne godziny. Gołębie pióra, rozsypane po podłodze, parę martwych szczurów. Przyjemna do sportretowania martwa natura. Pękające szwy, srebrny guzik. Przyśpieszone tętna, jedno wystraszone drugie podniecone. ‘Tania do wynajęcia od zaraz’. Nagie łydki zaplątane w szare

prześcieradło, i szybki tupot bosych stóp. Zabrała wytarte dżinsy, w biegu założyła koszulkę i kurtkę. Uciekła, w samą porę by trafić w objęcia krwistego wschodu słońca. Znaki charakterystyczne? - zrozpaczone, puste oczy. Na żółte pokrywy śmietnika powoli wpływały słoneczne promienie, zielony balonik poddający się sile lekkości wznosił ku czystemu niebu. Tego teraz pragnęła, odlecieć być próżnią, niebytem. I bury kot, najspokojniej na świecie czyszczący futerko, najwyraźniej był zadowolony z przebiegu własnego życia.
;histeryczny pisk opon, kopiesz błękitny obłok


Rozdział drugi: “Perspektywiczny Wrocław’’


Czujesz, że stąpasz ponad życiem? Nad wszystkim panujesz. Być może; ale tylko nad tym co jest w zasięgu Twojego wzroku. Kiedy patrzę w dół, omijając wzrokiem dwadzieścia-kilka balkonów, widzę mozaikę kolorowych plam. Ciemne chmury płyną ponad miastem, skrapiają deszczem. Oberwanie chmury, dla tych na dole. Dla mnie ledwie mżawka. Czerwony parasol, żółty, czarny, niebieski. W kolorowe ciapki i kratę; ćpam deszcz.
Nieciekawie, róg ulicy dalej jest pusty. To wyczekiwanie staje się męczące, wybieram się na spacer po okolicy.
Zdziwilibyście się jak wiele można osiągnąć mając paczkę papierosów do rozdania i dyplomację odziedziczoną w genach po którymś z przodków.

Roznosiciel ulotek.

Uliczne latarnie rzucały blado żółte światło na wszystko co znalazło się w zasięgu ich promieni. Sprawiały, że twarz; pół nagiej, pół obnażonej dziewczyny stojącej przy ulicy przybierała chorobliwie żółty odcień. Była tania, aż za tania. Z tą rozmazaną szminką, w przykrótkiej bluzce i poprutych kabaretach. Oblizując spierzchnięte wargi doprawdy nie wyglądała pociągająco.
Sygnalizacja świetlna mrugała na pomarańczowo, szanowni obywatele kontrolujący ruch na ulicach poszli spać. ‘Niech się dzieje, co ma się dziać, ja pracę skończyłem.’
Głośno dudniąca muzyka, pulsowała w głowie gorzej niż ból wywołany zbyt długim słuchaniem melodii młota pneumatycznego.
Ból pod prawą łopatką był mocny, rzęsa wpadła do oka, ręka pokryta czarnymi siniakami. W pustych niewidzących rzęs oczach odbijało się żółte światło ulicznych latarni. Jej zwłoki jutro wylądują pocięte na kawałki; w niebieskim, plastikowym worku. Zajrzałeś do niego dopiero, kiedy silna woń rozkładającego się ciała uderzyła w twe nozdrza.

Słoneczne promienie rozpraszały się na szkle rozbitych butelek. Dziewczyna odtrąciła nogą rękę martwego mężczyzny, leżącego w poprzek ulicy. Spod pół przymkniętych powiek, ziały pożółkłe białka, leżał w poprzek ulicy, z igłą wbitą w przedramię. Przyjrzała mu się uważniej, po chwili szła dalej ze skórzaną męską kurtką na ramionach i paczką papierosów w kieszeni. Ciaśniej owinęła się, po części sprutym szalikiem i ruszyła w drogę równomiernie stukocąc topornymi podeszwami butów.


Ogólne zdziwienie budziła biała koszulka na ramiączkach. Nie ważne było już, że ów człowiek ma ciemną karnację i burzę czarnych loków. No, może odrobinkę jeszcze dziwił fakt iż na nosie tkwiły wyjątkowo duże i wyjątkowo niedopasowane okulary przeciwsłoneczne. Bluzka na ramiączkach, późną jesienią, i to jeszcze w taką ‘ulewę’. Codzienne sensacje na całą dzielnicę. Miał człowiek tego pecha, że przechodził pod oknami pani Marioli. Stara poczciwa kumoszka- w ciągu dwóch dni, gadaniną więcej krzywd wyrządziła niż ktoś inny przez rok. Będzie ‘ten murzyn’ tematem numer jeden na jej popołudniowych herbatkach z panią Adą.
Mężczyzna natomiast szedł powoli. Poruszał się z nienagannym, niemal prowokującym wdziękiem. Idealnie pełne wargi poruszały się zgodnie z rytmem śnieżnobiałych zębów przeżuwających gumę. Miętową rzecz jasna. Duże męskie dłonie bawiły się patyczkiem po lodzie. Kto je lody w listopadzie? Mimo kilku niedoskonałości, takich jak: brązowe plamy na koszulce, blizna na lewym policzku oraz wyszczerbiony kieł; wiele kobiet, ku niezadowoleniu mężów oglądało się za nim z zainteresowaniem.
Mógł wieść normalne życie, nie chciał.
Ponurą deszczową drogą, dla niego rozświetloną tysiącem odcieni szarości podążał do niewielkiej cmentarnej bramy.
Nienaturalna cisza, zbyt wiele zieleni. Za dużo kwiatów, za mało grobów. Zgrabnie lawirował między nagrobkami, w końcu dotarł do małej białej ławeczki. Usiadł na niej i nerwowo spojrzał na rękę. Jak gdyby chciał sprawdzić czas na nieistniejącym zegarku.


Chaosu ciąg dalszy,

Nie chcemy mówić tu o patologicznym czytaniu bajek.

Idealnie kwadratowe podwórko. Z czterech stron otoczone wysokimi blokami. Wybite szyby, wąskie klatki cuchnące moczem, seksem, wymiotami. Głośne alkoholowe libacje urządzane na dwóch zielonych ławkach; jedynych na całym podwórku nadających się do siedzenia. Ciemny korytarz, znany morał i kilka krzyków, głośny tupot nóg i radosny śmiech. To tutaj dorastałaś, tutaj spędziłaś wszystkie radosne chwile, cóż przynajmniej dwie takie chwile były. Nie pamiętasz ich? Szkoda, ja je pamiętam, pamiętam jak nocną ciszę; ciszę oznaczającą tu pijackie krzyki, ujadanie maltretowanych psów, krzyki, brzęk rozbijanego szkła; rozdarł krotki dziecięcy krzyk. Krzyk osoby przerażonej, tak nagle zjawiła się na tym świecie. W brudnym pokoiku, oblepionym tapetą w beżowe pasy. Ciemność rozświetlała jedna mała lampka i kilka świeczek. Spędziłaś tu, bardziej przetrwałaś, wszystkie te gorsze chwile. Te już na pewno pamiętasz, takich rzeczy się nie zapomina.
W chwili, gdy ratuszowy zegar wybijał dwunastą w nocy, twoje siódme urodziny, bawiłaś się nowa lalką. Czesałaś jej złote włosy i to ubierałaś to rozbierałaś ją z jej ubranka. To wtedy nocną ciszę przerwał odgłos skrzypiących drzwi, wszedł ojciec, cuchnął tanim piwem i papierosami. W ręce trzymał wyjątkowo zamiast butelki wódki, książeczkę. Małą i różową. Usiadł obok Ciebie i zaczął czytać, bajkę o księżniczce, która krążyła po świecie szukając ukochanego. A kiedy go w końcu znalazła pokochała całym sercem i wyszła za niego za mąż. A potem żyli ‘długo i szczęśliwie’ jak to bywa w każdej bajce.

- Wszystkiego najlepszego- jego szorstki, bełkotliwy głos miałaś zapamiętać na zawsze. Położył się na tobie, prawie nie pozwalając oddychać. - uczucie rozerwania -. Do pasiastych tapet miałaś mieć uprzedzenie do końca życia. I miałaś i masz dalej.

Bo czasem jest tak trudno. Zacząć wszystko od nowa, mieć przed sobą czystą kartę.
Pukamy trzy razy, tak jak wilk w bajce o owieczkach, zły, zły charakter. Witaj Panie, nie przeszkadzam? Drażniąca jasność, ale my nie chcemy przeszkadzać. My nie znosimy nabożnych szeptów. Ile rachunek za życie? Przepraszamy, że bez grzecznościowych wstępów, ale przytłacza nas obecność chmur.
Gdzie z tymi skrzydłami?! Kartą płacić mogę? Zdegustowany? Przecież Ty widzisz wszystko. Właśnie, uwierzymy, gdy zobaczymy.
Trudno uwolnić się od drugiego Ja, tak natrętnie wprasza się do każdego zdania. Wszystko pomnożone przez nie, taka próżność. Wszystko w liczbie mnogiej.

Roznosiciel Ulotek.


Rozdział trzeci: “Zła. Zła! Zła?”


Tak. Straciłem całą paczkę, nie został ani jeden, więc Cię nie poczęstuję. Wrodzona dyplomacja robi swoje, róg ulicy dalej jest pusty. Za to stare kolejowe tory zaczynają powoli się zapełniać, martwymi, ledwo żywymi i trupami, no nie dosłownie. W końcu, kto przesiaduje na torach? Tylko ci, którzy przegrali życie i jedyne, na co mają ochotę to butelka czegoś mocniejszego. Wyjątkiem jestem ja, wybieram się tam od czasu do czasu. Zobaczyć, co się dzieje ze starymi znajomymi, lub zapalić świeczkę na grobie kogoś, kogo już nie ma.
Poproszę czysty arkusz, a najlepiej całą książkę. Ile płacę?


Roznosiciel ulotek.


Czarna szminka chyliła się ku końcu swej szokującej kariery. Musisz kupić nową by zadziwiać idealną czernią ust. Zaczynało się w szkolnej toalecie. Pamiętasz. Brudna, śmierdząca kabina. W obskurnym różowym kolorze: dokładne przeciwieństwa. Radośnie kolorowe ściany, obdrapane poprzepalane kabiny. Spójrz pokrywa śmietnika pęka, a przecież zawsze na nim siedziałaś, i zostawiając czarną szminkę na cienkim papierosie myślałaś o zatraceniu. Chciałaś znaku palaczy. Co ci szkodziło, przypaliłaś skórę, jedynie pięć razy. Idiotka. Wystarczyła żyletka. Każde ramię gwiazdy zakończone czerwoną blizną po oparzeniu. Koło wokół symbolu wyryte żyletką Odwrócony symbol. Papier się kończy, tak jak szminka i twoje życie związane z paczką ‘slimów’.
Gdzieś kiedyś usłyszałaś: Możesz wierzyć, że jeżeli skoczysz z szóstego piętra, to się nie zabijesz. Możesz wierzyć. Lecz twoja wiara na nic się zda, bo takie prawa tutaj rządzą.
Nie wierzyłaś. Do samego końca miałaś wiarę w to, że polecisz. W górę, pokonując grawitację. Co ci przyszło teraz, leżeć pod wilgotną ziemią przykrytą zbyt jaskrawo-zieloną trawą? Nie podoba ci się tam gdzie jesteś? Chodź to tylko domysły. A podobało ci się na szczycie tego wieżowca? Podobało ci się to jak leciałaś? Dalej mam w pamięci twój sztuczny uśmiech, kiedy udawałaś normalną. Nawiedzona.
Zła. Zła! Zła?

nasze, życie wieczna wegetacja, Twoje; piecio-dniowa konstrukcja z chmur.

- Nie mam dla Ciebie zbyt wiele czasu. Nie miej mi tego za złe, jestem umówiony. Czarnoskóry chłopak przemawiał do nagrobka znajdującego się naprzeciw niego.
- Dzień dobry- z cienia wyszła postać odziana w za duży czarny płaszcz. Wyglądała w nim komicznie, tym bardziej, że była to kobieta.
- Jak widzę, dalej się rozczulasz?
- Nie, nie jest tak źle. Bywało gorzej- spróbował się uśmiechnąć.
- Dalej nie potrafisz kłamać, Jake.
Spojrzał w bliżej nieokreślony punkt, jego oczy zamgliły się na krótką chwilę. Beata była jednak spostrzegawczą osobą, widziała jak nerwowo kreci młynka kciukami. Wywróciła oczami, po czym sięgnęła po papierosa i zapaliła go. Stała tak przypatrując mu się i powoli wypuszczając dym z ust.
- Kochanie, ty wiesz, że nie jestem tanim psychologiem dla frajerów.
Chłopak westchnął, wreszcie zaszczycił ją chłodnym spojrzeniem.
- Czego chcesz? Co mam dać by się uwolnić?
- Chodź- odwróciła się, zamiatając blond warkoczem i odeszła szybkim krokiem. Nie przepadała za cmentarzem odkąd pochowano tu jej matkę. Czuła się jak gdyby ktoś ją obserwował.

“Tory. Największa drabina na świecie, kiedyś przystawią ją do nieba i będzie koniec świata.”- Joanna Szczepkowska
Stare dworce, pierwsze skojarzenie, jakie nasuwa Ci się, gdy myślisz ‘opuszczona stacja kolejowa’? U większości osób to strach, zwykły strach, nawet nie irracjonalny. Przecież jest, czego się bać, jeżeli nie zna się towarzystwa nie warto się tam zapuszczać.
Nawet mimo panującej tam wilgoci wszystko pokrywała warstwa kurzu, delikatnie połyskującego w słońcu. Stary zegar, biała tarcza i rzymskie cyfry, ktoś go uprzejmie nakręcił tak, że wskazywał godzinę dwunastą. Tak tu było, tu zatrzymał się czas. Od trzech lat była dwunasta w południe. Od trzech lat widywałem tutaj te same twarze, zarośnięte, brudne. Podejrzanie wesołe po przedawkowaniu alkoholu. Tyle ludzi umierało na moich rękach, konali w męczarniach, a ja nie mogłem zrobić nic. Tylko patrzeć, nawet nie miałem się jak za nich pomodlić. Ba, nawet nie pamiętałem swojego pierwszego pacierza, podstawowego, uczonego w szkole. Tak, modlitwa to nie byłby dobry pomysł. Czasem tylko w gorszych chwilach proszę by nie konać na tym starym dworcu. Zbyt wiele tutaj przeżyłem, zbyt wiele kartek tu zapełniło się moimi sentencjami.
Zaraz, poznaję tę sylwetkę. Za duża skórzana kurtka męska oczywiście, podarte dżinsy i białe dredy. Anka we własnej osobie! Ducha prędzej bym się spodziewał. Z tym anielskim uśmiechem podeszła do mnie i pocałowała w policzek. Z każdym się tak witała, tak być może zauważysz gorycz płynąc z tego zdania. Bo ja tak bardzo pragnąłem by mnie witała jakoś wyjątkowo. Inaczej niż wszystkich. By te piękne podkrążone oczy były tylko moje. Rany, jakie sentymentalne bzdury.
Jaka ona była naprawdę, dużo o tych pięknych włosach nie wiedziałem, o tych szczupłych palcach też nie. Papieros za papierosem, kawa za kawą. Całe jej życie, nic więcej jej nie obchodziło. I miała rację, po co zawracać sobie głowę śmiertelnymi odczuciami? Lepiej skoncentrować się na szybkim końcu.


Trochę psujesz całokształt, tak ty w zielonym płaszczu. Zejdź ze sceny, twoje pięć minut już się skończyło.

Roznosiciel Ulotek.


koło czasu krwią się toczy;

- Dlaczego?! Dlaczego to zrobiłeś?! – krzyczała, a jej czarne loki rozsypywały się na ramiona.
Mężczyzna milczał, siedząc na pryczy. Jego ciało, nagi tors i wytatuowane ramiona oświetlało blade światło słoneczne, przebijające się przez metalowe pręty w oknie.
- Odezwij się, powiedz coś. Dlaczego go zabiłeś?- łzy, spływały po policzku w idealnie równym tempie. Jedna, druga… trzecia. Wolał skoncentrować się na ich liczeniu.
- Piotrek.- kobieta zamknęła oczy i przyłożyła dłoń do skroni.
Plastikowe szkła, plastikowa oprawa, oczy rodem z plastiku.
Piotr wstał, był wysoki nawet za wysoki. Popatrzył na nią z góry i powiedział:
- Nie płacz. – nie było w tym głosie cienia współczucia. Zresztą, dlaczego to on miał jej współczuć? – Już cicho kochanie. Cicho.- jego szorstki głos odbijał się echem od więziennych ścian. Wyciągnął rękę i pogłaskał ją po policzku.
- Powiedz mi, dlaczego nie możemy być z innej bajki? I dlaczego do cholery, nie możemy żyć długo i szczęśliwie jak normalne małżeństwo?
- Nie wiem, naprawdę.


Rozdział trzeci: ‘Uraz do gestów pożegnalnych’

-I jak zwykle ostatecznie wylądowałem na dachu. To prawie jak mój Dom.
Ten mężczyzna macha swojej córce na pożegnanie, a jaką ma pewność, że nie macha ostatni raz? Że nie ostatni raz widzi jej wesołe oczy i blond kucyki?
Zbyt dobrze pamiętam jak machałem na pożegnanie mojej matce. Machałem, na ostatnie pożegnanie. Później został tylko ojciec i sześciopak piwa dziennie, zarastające brudem mieszkanie, kot chodzący wiecznie głodny. Ja też byłem kimś w rodzaju kota. Potrzebny tylko do przynoszenia piwa. Czasem czegoś mocniejszego, więc co zrobić? Uciec z domu to chyba oczywiste. Nawet nie zawiadomił policji o moim zaginięciu.

Zsunął szarą czapkę na czoło i oparty o mur udawał, że zasnął. Jednak widziałam łzę spływającą po jego policzku. Skuliłam się i też spróbowałam udać, że śpię.

No, Anka wreszcie zasnęła. Już nie musze udawać. Miałem kilka bezczynnych minut na wspomnienia. To zbyt wiele, za dużo sobie przypomniałem. Teraz będę musiał poświęcić długie godziny na zapominanie. Czasem jest tak dziwnie. O, przyszli. Anka się budzi, wszyscy są podpici i tacy weseli. Podążam za nimi, oni są zbyt szybcy, lub ja zbyt wolny. Ich balast- reklamówki z alkoholem, mój- przegniłe serce, nie zaprzedana nikomu dusza.
Bezcelowa, bezsensowna radość na ich twarzach- doprawdy, doprowadza mnie do szału.
Czy piekłem nazwę miejsce gdzie wszyscy się cieszą?- to tylko pytanie retoryczne, kochanie.

Czasami kiedy wyczuję aromat przypalonej ryby, przypominam sobie Kaśkę ze smażalni. jej zbyt rumiane policzki, obcisłe bluzki z targu, zbyt dużą ilość różowej szminki na zbyt dużych ustach. Minimalizm- nie był jej mocną stroną. Jej blond włosy, zawsze pachniały przypaloną rybą, zbyt natłuszczonymi frytkami. - powtórzę się, nie lubię bezczynnych chwil na wspomnienia, a co robię? Oglądam, film moich myśli, czekając aż wszyscy nawalą się butelką krążącą wokół.-
Kasia, zawsze w biegu, wiecznie spóźniona o pół minuty, wiecznie zapłakana/ wiecznie sztucznie radosna- była genialną aktorką. Co się z nią stało? Nie wiem, tylko któregoś dnia w smażalni wszyscy byli smutni, a na kartce powieszonej w drzwiach ołówkiem wypisano: przyjmę do pracy, młodą, atrakcyjną kobietę- szczegóły w biurze u Zdzisława.
Więcej piękna, więcej gwałtów, morał? Piękno z umiarem wymyślił genialny Stworzyciel.

Roznosiciel Ulotek
Rozdział czwarty: “Perspektywiczny Wrocław. Po raz drugi, witam w piekle”


Paranormalnie, prawie nierealnie wyglądała, idąc po ulicach Wrocławia w piżamie. Na nogach miała buty, na twarzy smutek. Moralnie niepoprawna na skutek losu wypadków. Ze szminką rozmazaną na ustach, tuszem spływającym z czarnymi łzami.
Szaleństwo w oczach odstraszało wszelki ratunek, zakład psychiatryczny zbudowany z zapałek. Przemierzając ciemne Wrocławskie ulice ;w brudnych butach i pidżamie. Białej koszuli we wzorek w słoniki.
- Proszę pani? Dobrze się pani czuje?- takie niepotrzebne pytanie, przecież widać, że nie. Mężczyzna odchodzi przestraszony. Kobieta spaceruje dalej, zagłębiając się w coraz to węższe uliczki. Jeszcze kilka sekund do północy, magicznej kopciuszkowej godziny, ile można dać za kryształowy pantofelek? Dwie sekundy po, rozlega się wrzask. Kobiecy, delikatny wrzask. Rodem z horrorów.

Wieczny cynik z chaotycznym systemem wartości. Z garścią ziemi z własnego grobu w lewej ręce. Jedną nogą w piekle. W narkotykowym transie. W alkoholowym upojeniu. A w prawej ręce z tanim winem, marzeniem o czymś, co nazwane wolnością w umyśle. Słyszałeś o efekcie motyla? Coś takiego działo się w jego głowie.
“Ponoć coś takiego jak trzepot skrzydeł motyla, może wywołać huragan.”
I nie żałował żadnej z chwil, choć nie było kolorowo. Naznaczony piętnem zbuntowanego. W pustej butelce po kojącym trunku odbijały się jego myśli. Czarno-białe fanaberie.
- Mów mi Ogniu Piekielny.
Słońce padało na twoje zniszczone włosy, tkwiłeś w wodzie po brodę, nie potrafiłeś pływać, a mimo wszystko szedłeś dalej. Bardzo szybko zapominałeś, to ona tak bardzo w tobie kochała. Bo przecież zdradzała na prawo i na lewo, a ty pijany leżałeś na chodniku nie wiedząc co się dzieje. A cofnij się jeszcze dalej, byłeś takim eleganckim chłopcem, w mundurku dobrej szkoły. Ojciec był taki dumny, matka płakała ze wzruszenia. A ty byłeś tak nieszczęśliwy, usta wykrzywiałeś w podkówkę i udawałeś szczęście.
Czerwony, wystrzępiony fotel i lampa z abażurem. Śnieżący telewizor i kolekcja pustych butelek. Tyle zostało ze wspomnień, tylko czerwony fotel i lampa.

A może wyjrzałeś rano przez okno? A może w nocy obudził Cię krzyk kobiety, nie mogłaś już zmrużyć oka. Być może rano spojrzałeś w lustro i załamałaś się, patrząc w swe odbicie?
Powiedziałeś sobie:
- Spójrz prawdzie w oczy, tkwisz na dnie i już nie wrócisz na powierzchnię.
Być może tak było. Mogłaś też pójść po mleko i ujrzeć bordową plamę krwi na chodniku, cienkim strumykiem spływającą wraz z kałużą do ścieków. I wtedy uświadomiłaś sobie jak krótkie jest życie. Zobaczyłeś jak jesteś krótkotrwały. Być może, wszystko mogło się zdarzyć. Właśnie wtedy, właśnie wczoraj, dziś i 10 lat potem.

Wiesz jak monotonna jest matowość szyb? Granatowych, bez połysku, starych. Wiesz jak śmieszny jest strach przed śmiercią, ludzie odmawiający nad tobą różaniec? To doprawdy szalenie zabawne, i te różne obrazy w pamięci. Na pewno dalej zastanawiasz się, kim jest Roznosiciel. Zanim weźmiesz się za zagadkę uprzątnij to, co już wiesz. A tymczasem będę kontynuował swą opowieść nie, posiadającą żadnego ładu. Chaos niekontrolowany. Totalnie.

Strych, zawsze tak na to mówiliśmy, bo przecież nie dało się tego nazwać mieszkaniem.
- Roznosicielu, idziesz z nami na Strych? – tak mawiały dzieciaki z dzielnicy, a potem cała grupa tam szła. Uwielbialiśmy to miejsce, bo Strych był pełen tajemnic i pająków wielkości mej pięści, stukot deszczu o szyby kojarzył mi się zawsze z czarnymi pogrzebowymi torebkami. Bo taki powinien być pogrzeb, deszczowy. Zalatywało stęchlizną. Tak jak w muzeum na wystawie starych mebli. Stary bujany fotel był częścią martwej natury, którą Baśka szkicowała, zarzucając blond warkoczami do pasa. Pamiętam też stary dywan, na którym wszyscy siadywaliśmy, czekając. Jedyną żywą istotą, choć raczej powinienem powiedzieć częścią tej martwej natury był Dziadek. O pożółkłej cerze, fajka zawsze wystawała z ust. Kiwał się miarowo skrzypiąc, nie wiadomo czy fotelem czy kośćmi. Nie miał imienia, nikt nigdy nie nazywał go inaczej niż Dziadkiem. On sam chyba nawet nie pamiętał własnego imienia. Opowiadał takie ciekawe historie, i zawsze miał cukierki, i tę swoją fajkę. Uciekał tam każdy z nas, kiedy matka wyganiała z domu. Przypomniałem sobie, że pachniało tam konserwą rybną. Lubiłem ten zapach, do dziś lubię, tak mnie uspokaja.

Mijały lata, rosła. Ciągle rosła i piękniała. Z pucołowatej blondyneczki zrobiła się z niej naprawdę piękna kobieta. Dojrzała, świadoma swych wdzięków. Ciemne oczy chowała za okularami, zgrabne ciało za zbyt dużym czarnym płaszczem. Piękne blond włosy, ciasno wiązała w warkocz. Tak bardzo chciała skończyć psychologię, to było jej jedyne marzenie. Nie obchodziło jej, że jest nie z tej dzielnicy. Marzenie prawie się spełniło, chodziła po okolicy pomagając, pomagając dopóki ktoś jej nie pomógł.
Jej zgrabny cień widniał na murze dzięki popołudniowemu słońcu. Szedł raźnym krokiem naprzód, warkocz przykrywała czapka. Podążała tak dzień w dzień, trasą szarego muru. Jej cień zostanie tam zawsze, zostanie pamięć jej cienia. Bo któregoś dnia, zbyt deszczowego by nazwanego dobrym na murze zatańczył cień noża. Później cień został ochlapany ciemną plamą. A potem nie było już nic kompletnie nic.




Październik.
Listopad.


Rozdział szósty: ‘’Idzie zima, idzie zostawiając za sobą chłodny zapach krwi’’.- Grudzień


I nadeszło to, czego tak się obawiałem, zima. Biały puch osiadł na parapecie tego zakratkowanego okna, dziecięcy śmiech słyszę nawet na korytarzu. Ruch na drodze jest zablokowany, lub przynajmniej zwolniony. Nie przepadam za przeźroczystymi soplami lodu na dachach, nie znoszę tego idealnie białego nieba i braku deszczu. Jestem od tego uzależniony, od deszczu. A niebo białe być nie powinno, ma być niebieskie. Gdy jest białe wiem, że to mgła, i ze gdzieś za tą mgłą jest piękne niebieskie niebo. Czuję się wtedy jak, klaustrofobik, chyba znasz to uczucie? Śmiało, każdy je zna. To tak jakby zamknęli Cię klatce, odgrodzili od wszystkiego co kochasz, co jest Ci najukochańsze.


Łzy cisną mi się do oczu, tego też nie chcę. Czy tyle dowodów na to, że zima jest paskudna wystarczy byś nie pytał, dlaczego jej nie lubię?

Szukam kogoś, kto odda mi swoją kurtkę,
Roznosiciel ulotek.

Oblodzone ulice nie są najlepszą drogą do spaceru w szpilkach. Chłodny wiatr owiewał szczupłą postać w modnej kremowej kurtce. Zaszły w niej tak duże zmiany. Wpierw patrzyło się, na włosy. Kiedyś biegła po chodniku, a jej złote loki powiewały za nią roznosząc woń truskawkowego szamponu. Teraz, niesforne i bardzo krótkie kosmyki nabrały odcieniu mysiego brązu. Błądziła po Wrocławskich ulicach, trzęsąc z zimna chudymi nogami w brązowych rajstopach. Róg ulicy dalej był pusty, właściwie od dłuższego czasu nie siedział na nim nikt. Róg ulicy wyznaczał granicę tego, co nazywamy ludzkim coś, co większości jest obce. Szelest żółtych, zgniłych liści, mokra brudna ciapa, a nie śnieg. Tutaj zawsze była jesień, tu czas się zatrzymał, nie było nikogo, kto cmentarnymi grabiami wymiótłby odpadki każdej jesieni. Stukot cienkich obcasików rozbrzmiewał miarowo według ściśle określonego tępa. To, że nie wierzyła już w życie nie znaczyło, że nie będzie perfekcjonistką. W tym ogólnym bałaganie wszystko miało swoje miejsce, swój czas wykonania.

A serce niosła na zakrwawionej dłoni, w drugiej ściskała zapalniczkę.

- Da pani kilka złotych, na chleb. A zresztą, co będę pani kłamał, na wódeczkę. – uśmiechnął się ukazując równe choć zaniedbane zęby.
- Musiał mieć piękny uśmiech- pomyślała, a na głos powiedziała:
- Dlaczego, tutaj jesteś, byłeś kiedyś na szczycie? A teraz? Pragniesz skończyć życie w jakimś rowie? Opowiedz mi swoją historię, to pomyślimy o wódeczce.
Człowiek patrzył na nią z drwiną.
- Siadaj panienko, opowiem ja Tobie bajeczkę.

Nastawiał po pijaku budzik, zawsze piąta trzydzieści, zawsze w sobotę budził się w pół do szóstej. Kac nigdy nie objawiał się bólem głowy, tylko kurczem w lewej łydce, nienawidził tego. Nigdy nie drażnił go głośny hałas, drażniło go ostre światło. Szczególnie ta uparcie migająca czerwona lampka na automatycznej sekretarce. Wstawał z łóżka, oczywiście bez bokserek, nawet w szlafroku schodził na dół do spożywczego. Dwa duże kefiry, sprzedawczynie go znały i lubiły. I siadał w twardym niewygodnym fotelu lecząc kaca. Zwykle przechodził sam z siebie, głaskał kota. Czarnego, miał szorstką sierść.
To stało się rutyną jego dni, nazywany przez niektórych ‘nierobem’ ‘pijakiem’, ‘człowiekiem, który przegrał życie’, nie zrozumiał tego. Miał przecież kefir i kota. A, któregoś dnia ocknął się w rowie, cały ubłocony i wtedy dotarły do niego realia. Było za późno. Widzi panienka, czasami trudno wymyślić szczęśliwe zakończenie myślę, więc, że tu skończę.

- To była piękna i smutna bajka- w oczach kobiety błyszczały łzy, coś włochatego otarło się o jej nogi. Drgnęła. Był to tylko czarny kot o szorstkiej sierści.




Doczekałem się. Wszyscy byli podpici i tacy weseli, oczy jakby zaparowane. Zasnute mgłą otępienia, wszystko wydawało się tak kolorowe, do czasu.
- Hej Anka, hej Roznosiciel! - wołał Kudłacz machając reklamówką, w niej podejrzanie brzęczało szkło.
- Dół, totalny dół i jeszcze kilka metrów pod piekłem.- mruczałem pod nosem.
- Zostajemy tutaj?- Chłopak o bardzo długich włosach pomógł wstać Ance i trącił mnie w ramie. – Chodź.
Bo co innego można robić na ulicy? Ona kupiła zapałki, nie wiadomo, po co, zapala teraz jedną od drugiej śmiejąc się. Ona ma okropny śmiech, nie lubię go. Pobawmy się ogniem, będzie ciepło i przyjemnie. -Też tak uważam, mówiłem choć nie słuchałem uważnie, wchodząc do następnego mieszkania.

Chaosu ciąg niekończący się;

Oblodzony balkon był pełen zakrzepłej krwi, jej zapach unosił się w powietrzu, słychać głośny szloch i przekleństwa. Mężczyzna, wytatuowany tuszem życia na ramionach, ma zakrwawione ręce. Na prętach balkonu zaplątany jest sznur, z niego bezwładnie niczym, szmaciana lalka zwisa kobieta. Ma na wpół przymknięte usta, jeszcze ciągle krzyczy, krzyk na jej ustach, który nigdy nie zamarł.
- Nie wiem kochanie, dlaczego nie jesteśmy z innej bajki i dlaczego nie mogliśmy żyć jak normalne małżeństwo.- napisał Piotr jej krwią na śniegu.


Idzie zima, idzie zostawiając za sobą chłodny zapach krwi…
Dalej nie wiem, po co jej te zapałki wiem, że ogłusza mnie ta dudniąca muzyka. Alternatywny rock? To jakieś gówno i tyle, układam domek z papierowych kart z zapałkowym fundamentem, będę miał moralnego kaca. Deszczowa mgła za oknem, choć to zima. Obok mnie siedzi wspomnienie Baśki, mówi mi wciąż jedno i to samo zdanie - Urodziłam się, byś nie mógł zapomnieć, proszę, spal moje ciało.- a my je wyrzuciliśmy na śmietnik.
Wiem, że jestem szalony. Wybaczcie na chwilę.

Wróciłem:
Tylko jeszcze,
-Zacytuję Morrisona: 'nie jestem szalony, interesuje mnie wolność'- genialnie ujęta w słowa, defnicja szaleństwa i skłonności do przesadyzmu młodych artystów.
, i już mnie nie będzie.


Roznosiciel Ulotek.



Rozdział siódmy: “Nawet jeżeli cierpisz.”

Bo cierpienie należy do życia, jeśli cierpisz znaczy, że żyjesz, pogódź się z tym mała dziewczynko, dorosły mężczyzno. Może i nie taka mała, może niekoniecznie dorosły? Może jeszcze nie stara, ale też nie pierwszej młodości, może jeszcze niedojrzały gówniarz? Opowiem Ci pewną bajeczkę, ta bajeczka to kłamstwo, jedna wielka konspiracja i bujda. Ale powiem jedno: Nawet jeżeli kłamstwo to ładnie wymyślone. Ma ładną lukrowaną oprawę, więc czego tu się bać?- chyba tylko bólu zębów od nadmiaru cukru.


Niekoniecznie dawno temu, żyła kobieta o złym sercu i palcach poplamionych atramentem. Lekko pożółkłe zęby, często żuły gumę, bezskutecznie próbując zabić zapach.
W wieku lat czternastu uwierzyła, uwierzyła, że wszystkie Objawienia są kłamstwem, wszelkie Święte osoby chore psychicznie. Wierzyła. Pytaniem było “w co?” W swoje obgryzione paznokcie, struny rozstrojonej gitary? Wiem jedno, wielbiła muzykę nazwaną “ciężkim brzmieniem”. W plakaty i zdjęcia Morrisona patrzyła godzinami. Dla niej wokalista, słynnych Doors’ów żył, był tuż obok. Wystarczyło w to uwierzyć, właśnie, uwierzyć.
Kobieta, choć nazywana Czarownicą, nie była bardziej niezwykła niż przeciętny człowiek. Bo oryginalność, to pewien stopień znudzenia samym sobą, to odporność na własne ‘fanaberie’.
I trochę dawniej niż na początku. Nie mniej, nie więcej tylko wtedy gdy Czarownica uwierzyła, że Boga nie ma pojawił się On. Mężczyzna, to raczej oczywiste. Z braku laku nazwiemy go Księciem.
Blond pukle opadały mu swobodnie na twarz.- pozorowanie na szczęśliwego. Tak, Książe był w tym najlepszy, nie miał równych sobie w kłamstwie. Na stopach zawsze nosił przetarte trampki, Czarownica właśnie to w nim kochała. Rozpuszczone w nieładzie włosy i znoszone trampki.
Jedna butelka wina, często starczała im na całą, cichą noc. Noc milczenia i chłodnej butelki podawanej z rąk do rąk. Z każdym łykiem, Księżyc był coraz bliżej. Świecił nisko. Czarownica często, śmiejąc się próbowała Go złapać. Zamknąć w dłoni, mieć własną noc. Książe często wtórował, pustym, nieszczerym śmiechem. Wybielonym z wszelkiej radości. To też w nim kochała, śmiech. Śmiech szaleńca.
Kiedyś, ale to w przeliczeniach Czarownicy setki lat temu, było mieszkanie.
Miało piękne, surowe, białe ściany, bezduszne. Uwielbiała patrzeć na te ściany z kubkiem herbaty w ręku.
I zwykle, po kilku godzinach patrzenia, przychodziły usta Księcia i Jego ciepłe dłonie. Czarownica oddawała się tym dłoniom, całkowicie. Plątała się w pościeli, nawet tynk wtórował jękom, obsypując się z sufitu, a para z ust oplatała nagie ciała.
Trochę, a może i bardzo potem, czarownica wiele płakała. Bywało, że łzami zapełniała połowę kubka. I nie było już nic, czerni i bieli. A potem nadszedł pewien okres, cicho wdarł się do jej złego serca, i choć to fizycznie było niemożliwe, Kobieta znienawidziła Szatana i każdą rzecz wiążącą się z nim. Lecz nie sposób było się od tego uwolnić, wracało, jak poranek każdej bezsennej nocy. Wierzyła już tylko w przestrzeń, kilkunastu pięter dzielących ją od ziemi.

To będzie koniec bajki, bo każda powinna mieć dobre zakończenie. Nie w każdej jest to możliwe. Wtedy najbezpieczniej jest urwać, w momencie niespodziewanym, niezrozumiałym. I bardzo chciałbym Ci powiedzieć, ze Kobieta wróciła do domu i kochała się ze swymi wspomnieniami. Ale chyba nie powiem nic, przemilczę. Tutaj staję, tutaj kończę. Powiem Ci tylko jeszcze jedno. Ta bajka nie jest wymysłem mojej chorej wyobraźni, jest hołdem, pięknej przyjaźni, chorej miłości i pięknej nienawiści.
Stoję na ulicy, powoli schnie. Brudy po zimie spływają do ścieków. Nadal jest zimno, dziwne, ze jeszcze czuję palce w, których trzymam zeszyt. Przeglądam co jeszcze mogę tutaj powiedzieć. Co jeszcze nie zostało dodane, zawsze znajdę jakieś ‘i’ bez kropki. Ale to ja. Tak po prostu.


Reasumując wszelkie zbędne słowa, doszedłem do wniosku, iż skoro zacząłem opowiadać Ci losy tych ludzi to nie mogę ich urwać. Bo to nieprawda, że skończył mi się nabój od pióra. Prawdą jest, iż znajduje się on na wyczerpaniu.
Mógłbym skłamać dla własnej korzyści, często to robię, a mimo wszystko się powstrzymam.



Rozdział ósmy: “ Piekło- dobry powrót w wielkim stylu, witamy znów!”


Wszystko to jeden wielki, nieuporządkowany chaos. Muszę teraz tłumaczyć, choć słyszałem, że prawdziwy artysta, nie tłumaczy swych wizji. Jestem nic nie potrafiącym artystą. Cudownie.

Pani Mariola, poczciwa plotkara. Zawsze siedziała w oknie i zdaje się, że w nim skończy swoje życie. Z tego okna widzi wiele ciekawych rzeczy. Chociażby wychudzonego mężczyznę. Ciemna karnacja, nieodłączny biały podkoszulek, wygląda jeszcze gorzej niż zazwyczaj. Ale jak to się mówi, spadł na cztery łapy. Żyje i powoli wychodzi z tego bagna. Ten z tuszem życia na ramionach dalej za kratkami, a na balkonie wyczyszczono krew. Po Kaśce była kilku dniowa żałoba, Baśka- nasza kobieta z grubym warkoczem została dawno pokryta grubą warstwą kurzu zapomnienia. Koniec, wybaczcie monolog w mojej głowie nie pozwala na nic więcej, to tylko kwestia czasu i znowu mnie złapią. Nie mam na nic siły i ochoty.

~*~
Wiatr zwiał szalik z szyi młodego chłopaka. Siedział na cmentarnej ławce, pisząc i mamrocąc do siebie jakieś słowa. Powietrzny taniec gasił znicze, a liście układały się w trzeszczący dywan pod stopami. Tak, te liście to pozostałości sprzed zimy.

Żałuję, że pada na mnie światło latarni.
Mam dość, że patrzysz jakbym był powietrzem.
Mam dość, ze autobusy mijają mnie tak obojętnie.
Dość, że nie mogę wyciągnąć tabletki z opakowania.
Dość, że upadam gdy inni stoją, że stoję gdy inni leżą.
Mam dość obrusu na stole-
I tego, że nie potrafię się zabić myślami.
6 luty.

Z okresu życia, czerpanego dymem.

Po dziewiętnastej (pora leków) wyłączam mózg i przestaję stwarzać rozumny byt. Szum myśli czuję całym ciałem, są jak szelest czarno-białych gazet.
Cień powietrza unosi się we mnie- jak dym nad miastem. Powoli ulatuje przez usta. A język mam różowy, bo po lizaku spływa krew. Kapie na moje nogi zamiast tworzyć kleksy na tytułowej stronie zamkniętej książki.



Co do Anki...

Składam Twoje połamane ręce w krzyż i przymykam powieki, aksamitne rzęsy łaskoczą moją dłoń.
Jestem psychopatą, tak wiem o tym. Choroba psychiczna trwa, dopóki sam jej nie zaakceptujesz, i się do niej nie przyznasz. Potem to tylko bycie-nie bycie, jak mydlana bańka. Bajecznie kolorowa, mająca sekundę lub dwie minuty życia.
Jestem tolerancyjny, akceptuję swoje fanaberie. A teraz siedząc w kałuży krwi rozmyślam nad sensem.
Czy ma sens, podnoszenie się z podłogi? Moje spodnie, dawno przesiąkły metalowym zapachem tej bordowej kałuży. Czy jest sens ruszania, zastygłymi w bezruchu dłońmi? Nie, wymyśliłem coś lepszego, coś powtarzalnego jak Projekt Stworzenia Świata...

Z pokoju, wychodzi nastoletni chłopak, jego ręce są brudne, spodnie mokre od krwi. W oczach błyszczy coś demonicznego. Idąc powoli pustym korytarzem, śmieje się i krzyczy:
Zabiłem człowieka, zabiłem i jest mi z tym cholernie dobrze Pani Doktor! –
Dochodzi do okna, otworzyło się z zadziwiającą lekkością. Staje na parapecie, podnosi twarz ku chmurom i woła:
- Hej Boże, Duchu Święty, jak to jest spadać? Dosłownie, mijać piętra i balkony, wstrzymywać tętno ulic? Ręce, bezwładnie, poddać sile grawitacji? Wiecie co?! Wierzę, kurwa wierzę, w to, że nie spadnę, a polecę! Jeszcze jedno, z całym szacunkiem, ale mam Was gdzieś!-
Puścił, skoczył, ale nie poleciał. I głowa i ręce, leżały poniżej nóg.
Myśleli, że jak go zamkną w czterech ścianach to nie zabije? Siebie, innych? Wolne żarty.

W pokoju, jego meble kąpały się we krwi. A dziewczyna z białymi dredami leżała na podłodze,
Ucho, gardło, nóż.
Rękojeść kuchennego noża, wystawała z jej brzucha. Jakiś samotny pająk wpełzał na ciało. A na podłodze, jej krwią namalowane były tory, ciągnęły się do okna. To najdłuższa drabina, kolej do piekła, ostatnia droga Roznosiciela. Lub raczej tysięczna spośród milionowych, papierowa reinkarnacja, tylko w księdze pacjentów.
- Wracasz z piekła? Daj ochłodzić spojrzenie jego wspomnieniem.
- Wróciłem, piekło było przeludnione.- ostatnie co zobaczyłam to czarną rękawiczkę w jego dłoni.




***




Poszłam się zakochać zaraz wracam. (tak, to tytuł)

Karmelowe cukierki mają tę właściwość, że są smaczne i szybko psują się po nich zęby.
Jeden z niewielu morałów dzieciństwa.

Kupiłam pudełko zapałek, tylko nie wiem, po co.
I tylko ja i ty potrafimy wstrzymać tętno ulicy. Latarnie gasną, ludzie przemykają na granicy nocy. W bramach lekcja nauki z miłości cielesnej. Spierzchnięte usta i rozmazany tusz, czy to tak wygląda ta wolność, o której marzyłam całe życie? Wolność na ulicy równa się z przetrwaniem. Między tymi dwoma słowami ‘wolność’ ‘przetrwanie’ jest cienka granica, którą łatwo przeskoczyć. Jestem figurką na szachownicy, czarną. Mijają moje trzy sekundy, zaraz nieuważny wzrok Boga ominie moją postać, owiniętą szczelnie czarnym, pogrzebowym tiulem. Ręka strąci mnie na równinę z obrusem, na koronkowej równinie zrodził się krzyk, mój krzyk potem nie ustał. Stoję pośrodku planszy Chińczyka, krzyczę, choć nie mam ust. Jestem niebieska, polakierowana. Co będzie w setnym życiu, będę gejszą?
Może kostką do gry? Idę, ale przecież nie dotykam chodnika, dlaczego więc nazywasz to stąpaniem? Nierzeczywistość styropianowych ścian, domek dla szczurów.
Fabryka jabłek, zielonych, soczyście ociekających trucizną. Mamienie kart, kryształowych kul z plastiku, szelestu gazet, szeptu wiatru. Fabryka trzciny, rozglądanie się na obie strony głowy, pustka, nicość, bezkres czerni- a może bieli. Moja głowa nie rozróżnia kolorów. Nawet ukłuć już nie czuję, nie boję się, bo nie ma już żadnych igieł. To tylko deszcz stuka w wystawę z kolorowymi lizakami, tam gdzie skończył się kolor dziewczyna przejechała kolorowym rowerkiem, jesteś tam na fioletowym obłoczku? Zajadasz pączki z lukrem czy młodą dziewicę? Boże?!
I to do Ciebie teraz wołam, stojąc na środku planszy, przywołuję zamki na piasku. Odpływy brunatnej fali pistoletów, wołam drewniane ludziki, maszerują ołowiane żołnierze. Przywołuję Mechaniczną- aż zgrzytającą, nie naoliwioną Melodię Kołysanki. Może to twoje zęby tak zgrzytały? Byliście rodziną złożoną z kwadratowych pikseli, kiepska imitacja książki gdzie wszystko kończy się ‘dobrze, szczęśliwie’. I przywołuję dźwięk twojego głosu. Mówiłeś… -Co tam szeptałeś?
- Możesz -
- Nie -
- Możesz -
- Nie, nie mogę, zamknij się! -
- To tylko twoje wyobrażenie niemocy. –
- Nie! –
- Denerwujesz się, mam z tego satysfakcję – błysk złotych oczu, w ciepłej barwie, a tak zimnych.
- Wiem, i dlatego próbuję się uspokoić –
- To dobrze, zacznijmy od początku: Możesz. –
- Nie chcę. –
- Właśnie jesteś cholernym leniem –
- Nie mów do mnie jak mój ojciec! –
- … Żegnaj –
- Oby –
Mogłam? Mając dziewięciocentymetrowe szpilki na stopach i trzy metry betonu wzwyż do pokonania? Wstyd, ból, upokorzenie? Mogłam?
Śmierci szukam na uliczkach gdzie samochody pędzą dwadzieścia na godzinę. Wdech wydech, kilkadziesiąt na cztery minuty. I już, już myślisz, że jestem martwa! Bezpiecznie czuję się tylko na wycieraczce własnego domu, z dala od twoich myśli, przenikających mój umysł. Bez słów, walących po mej głowie niczym piłka, mała gumowa. Dlaczego pukasz do trumien? Martwe usta dużo o śmierci Ci nie powiedzą, najwyżej kilka grudek cmentarnej ziemi. Dużo Ci nie powiedziała, ta kobieta co była z oczami kota.
- Moralny kac? -
- Wróciłeś. -
- Tak, już jestem możemy umierać dalej.






bajeczka dla niedojrzałych kobiet.



Była kobieta z oczami kota.
Z udawaną niewinnością,
a przyglądając się jego kościom,
powiadała często: Skoro jesteś Synem Boga, wstań!
Ale On nigdy nie wstawał,
patrzył na nią dwoma ciemnymi dziurami i czającym się w nich cieniem.
Tak, patrzył cieniem.
I bezzębne usta zastygłe w grymasie cierpienia, które nie ustało nawet po śmierci.
Oczy kota uciekały w cień, rzucały się w ciemności, miotały po pokoju.
- Jesteś tam czy Cię nie ma?!
Krzyk niosły puste cegły, titanic'owe szepty.
Dzieci krzyk, dzieci długie włosy, dzieci blade nogi.
Dzisiaj bilet do nieba jest bardzo drogi.
Uciekaj, uciekaj, wejdź do wagonu,
szybciej, głośniej powiedz o tym komuś.
Bóg ukrywa swój gniew, szybciej.
Krzyż się wpół łamie, Chrystus,
jego noga na górze stanie.
I ciemność będzie i mrok wszędzie, i jasność nastanie w piekle.
Biegnę, biegnę, potykam się mrokiem zachłystuję ciemnością, mieszkanie za zakrętem.
Bóg ukrywa swój gniew.
Dławili się ludzie węglem, jedli go garściami,
w ramach pokuty demonami zostali.
Bóg gniewu nie ukrył,
prosta linia EKG w szpitalnej pościeli, w załamaniu materiału.
Bóg nie ukrywa gniewu.
Misiowi odpadły oczy, lalka ręce straciła.
Matka dziecko za nogi schwyciła, nie przytuliła.
Niebiański teatrzyk, bawimy się marionetkami.
Kocim oczom pękły sznurki, leci w dół oczami,


Gwoli ścisłości, Czarna Rękawiczka figuruje również w dziale "Książki" na tym forum, jednak dodałam tam jeden rozdział po czym stwierdziłam, ze upcham to tu.


[list=][/list]


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Malleus




Dołączył: 15 Lis 2009
Posty: 348
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 1 raz
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: po co ja się produkuje...

PostWysłany: Sob 23:05, 22 Maj 2010    Temat postu:

Nienawidzę was. Ja was po prostu nienawidzę. (Bez urazy.)
Jak możecie tak genialnie pisać i w takich ilościach.
Za dużo. Zbyt genialne. I za bardzo mi się podoba.
Niesprawiedliwe.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Alojzy.G.Cłopenowski




Dołączył: 24 Kwi 2010
Posty: 531
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Łódź

PostWysłany: Nie 13:55, 23 Maj 2010    Temat postu:

I to dla mnie... zarumieniłem się ;] Właśnie czytając początek czułem, że skądś to znam Razz
Cóż mogę napisać... Świetne, fantastyczne...hmmm... Takie trywialne stwierdzenia, a nic innego nie przychodzi do głowy. Chaos myśli, kapitalny styl...
Ma się rozumieć, że z Wrocławia jesteś... Kolejne miasto, które muszę odwiedzić, bowiem masz u mnie koniak, burbon, szampan... co sobie tylko zażyczysz. Rozpłynąłem się po lekturze normalnie. Ostatnio jakoś łatwo mnie wzruszyć... Menopauza może ;] Czekam na kolejne tak długie i wciągające historie.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
niespokojna




Dołączył: 11 Lis 2009
Posty: 437
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 1 raz
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: nibylandia

PostWysłany: Nie 16:15, 23 Maj 2010    Temat postu:

Malleus: też Cię nienawidzę! Bo Twoja Czarna Rozpacz rozwala mi głowę za każdym razem kiedy ją czytam. Oczywiście również bez urazy. A z "genialnym" to lekkie przegięcie, nie sądzisz?
Alojzy; z Legnicy jestem, do Wro na studia się szykuję, ale to dopiero za, no kilka lat.
Zawstydziliście mnie normalnie.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Alojzy.G.Cłopenowski




Dołączył: 24 Kwi 2010
Posty: 531
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Łódź

PostWysłany: Nie 16:53, 23 Maj 2010    Temat postu:

Olej studia zostań ninja >D Ten tekst ostatnio na topie, więc mi się jakoś tak skojarzył. Legnica. Nie ma problemu. Wcisnę gdzieś na pewno do grafiku. Mam już z sześć miast, które odwiedzę, więc nie widzę problemu nad siódmym. Szykuje się konkretny trip w lipcu. Myślałem, ze tylko Kraków, Wrocław, Gdynia będzie, a tu już Legnica, Bydgoszcz, Poznań i oczywiście Warszawa. Zastanawiam się nad jednym. Czy taka wycieczka na... Rowerze to nie będzie samobójstwo >D Myślałem o prawku i aucie, ale doszedłem do wniosku, że to zły pomysł. Za nerwowy jestem, a do tego alkohol i w ogóle. Auto stało by cały czas w garażu. Potem myślałem o skutronie... Doszedłem do wniosku, że stwarzał bym jeszcze większe zagrożenie na drodze, więc odpuściłem. I bach! Wpadłem na genialny w swej prostocie pomysł. Rower >D Mogę go do pociągu wstawić, więc nie będzie problemu. Do tego jest ekologiczny (a jak wiadomo ekologia najważniejsza), zdrowy. A zrobienie kilkuset kilometrów dobrze wpłynie na kondycje i krążenie. Sama plusy. Tak. Zdecydowanie kupie sobie rower. Jak mało potrzeba, żeby mnie uszczęśliwić ;P I jakiś dzwonek sobie do niego kupie, ale nie taki zwykły dzyń-dzyń tylko z jakąś melodyjką, albo coś w ten deseń. Dżizus... Czy faceci potrafią kiedyś wydorośleć? Przeraża mnie to, że ja na serio kupie sobie taki dzwonek i będę miał zajebistą frajdę. Może jakiś gang rowerowy stworzymy? Każdy będzie wygrywał jakieś mroczne pieśni i włożymy sobie karty w szprychy, aby dziki turkot było słychać z oddali kilkudziesięciu metrów. Stwarzali byśmy przerażenie wśród plebsu niemalże jak Husaria... Okej... To ja może się zamknę i pójdę zrobić obiad.

Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Malleus




Dołączył: 15 Lis 2009
Posty: 348
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 1 raz
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: po co ja się produkuje...

PostWysłany: Nie 17:01, 23 Maj 2010    Temat postu:

Hm. Ja tam wolę na koniku. W zeszłym roku zrobiliśmy sobie trasę na Dzikie Pola. To jest dopiero frajda. Ale taki dzwoneczek to zajebisty pomysł. O.

Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
niespokojna




Dołączył: 11 Lis 2009
Posty: 437
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 1 raz
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: nibylandia

PostWysłany: Nie 17:49, 23 Maj 2010    Temat postu:

Pociągiem, w Legnicy mamy niezwykle malowniczy dworzec i nie jest to ironia. Dzwoneczek? To może marsz pogrzebowy+czarne pelerynki? Co do rowerów, mam do nich duuży uraz i do tego piękną bliznę na udzie.
A co na obiad? c;


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Alojzy.G.Cłopenowski




Dołączył: 24 Kwi 2010
Posty: 531
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Łódź

PostWysłany: Pon 8:38, 24 Maj 2010    Temat postu:

Udziec z kuroka. Jedyny plus tej zagranicznej tułaczki. Człowiek się przynajmniej gotować naumiał. Blizna na udzie...pfff... Fakt, że to również dzięki małej pomocy alkoholowi, ale ja miałem zdarte pół twarzy, wstrząs mózgu i nie był bym sobą gdybym nie podejrzewał jakiegoś czyraka, albo innego guza na mózgu. No bo przecież po co zrobić człowiekowi prześwietlenie na pogotowiu. Cała sytuacja zbyt piękna by ją opisać na forum, opowiem to przy alko z pełną wizualizacją >D I jeszcze jedno, o pelerynkach nie wspominałem, wydało mi się to oczywiste, że jak gang rowerowy, mroczne dzwonki to peleryny też muszą być.

Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
niespokojna




Dołączył: 11 Lis 2009
Posty: 437
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 1 raz
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: nibylandia

PostWysłany: Pon 13:26, 24 Maj 2010    Temat postu:

no to będzie gang jak nic

Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Alojzy.G.Cłopenowski




Dołączył: 24 Kwi 2010
Posty: 531
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Łódź

PostWysłany: Pon 17:00, 24 Maj 2010    Temat postu:

Teraz tylko jak się będziemy nazywać? Piekielne Monstra Wkręcone W Szprychy, może trochę przy długie, ale zawsze można skrótem powiedzieć PMWWS.

Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
niespokojna




Dołączył: 11 Lis 2009
Posty: 437
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 1 raz
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: nibylandia

PostWysłany: Pon 18:48, 24 Maj 2010    Temat postu:

To Twoje PMWWS, tak mi drogą skojarzeń zeszło do PMS-u.
ożeszku..


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Alojzy.G.Cłopenowski




Dołączył: 24 Kwi 2010
Posty: 531
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Łódź

PostWysłany: Wto 16:25, 25 Maj 2010    Temat postu:

Bardzo możliwe, że mam. Huśtawka nastrojów to u mnie chleb powszedni Razz
korniszonku.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
niespokojna




Dołączył: 11 Lis 2009
Posty: 437
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 1 raz
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: nibylandia

PostWysłany: Śro 14:53, 26 Maj 2010    Temat postu:

Korniszonku? Wolę kiszone ^^

Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Alojzy.G.Cłopenowski




Dołączył: 24 Kwi 2010
Posty: 531
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Łódź

PostWysłany: Śro 16:16, 26 Maj 2010    Temat postu:

Kiszonku jakoś tak dziwnie brzmiało Razz

Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
niespokojna




Dołączył: 11 Lis 2009
Posty: 437
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 1 raz
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: nibylandia

PostWysłany: Czw 16:56, 27 Maj 2010    Temat postu:

ożeszku..
Twój avatar mnie wuaśnie rozpierdolił


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Pisarskie podziemie Strona Główna -> Opowiadania Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Idź do strony 1, 2  Następny
Strona 1 z 2

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2002 phpBB Group, Theme by GhostNr1