Forum Pisarskie podziemie Strona Główna
Zaloguj Rejestracja Profil Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości FAQ Szukaj Użytkownicy Grupy
Historia o dzielnych Papiratach
Idź do strony 1, 2  Następny
 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Pisarskie podziemie Strona Główna -> Opowiadania
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Alojzy.G.Cłopenowski




Dołączył: 24 Kwi 2010
Posty: 531
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Łódź

PostWysłany: Pon 10:54, 14 Cze 2010    Temat postu: Historia o dzielnych Papiratach

Nie wiem skąd, nie wiem jak, ani dlaczego... Powstało to w mojej głowie i tyle ;P Zainspirowało mnie zapewne Autostopem przez Galaktykę jak i opowiadania Malleusa. Chciałem spróbować swoich sił w kompletnej abstrakcji ;P Nie wiem czy wyszło, aczkolwiek spróbowałem. Miłej lektury Very Happy



Suneliśmy po pustynnych bezdrożach, czarnym automobilem. Uzbrojeni po zęby w papier toaletowy i drewniane dłonie, które potrafiły wskazywać cel naszej tułaczki, jak i bezproblemowo wybić komuś oko. Pewni siebie i nie zdający sobie spraw z czyhających na nas niebezpieczeństw pędziliśmy z prędkością dwustu metrów na sekundę czasoprzestrzenną. Gdyby nie żagiel o rozpiętości co najmniej dwóch knykci, prędkość zapewne była by o połowę mniejsza.
- Kapitanie, mój Kapitanie! - zawył do mnie majtek ze szczotą w dłoni i szmatą przewieszoną przez ramię – Dostojski się pyta jaki kierunek obrać...
- Psi synie końskiego pastuuuuucha... - zaskrzeczała papuga.
- Uspokój się Watsonie. Nie czas na tego typu dyrdymały – poprawiłem czerwoną muszkę, która ciasno oplatała mą szyję - Wschód Kajbler. Wschód! Bowiem tam musi być jakaś cywilizacja.
- Argghhh! Kapitanie! - zawył ponownie majtek i oddalił się boczną aleją z siedziskami na armaty.
- Za burtę! Za burtę parszywe kozie łajno! - tym razem papuga w nerwach załopotała skrzydłami.
- Ciiii! - rzuciłem jej kawałek wątroby pustynnego dorsza ze wczorajszych połowów – Uspokój się Watsonie. Musimy dotrzeć jak najszybciej do miasta. Zapasy się kończą, a załodze od tego skwaru zaczyna we łbach się przewracać.
Faktycznie miałem racje. Sto dziewięćdziesiąt sześć dni, siedemnaście godzin, czterdzieści osiem minut i dwanaście... Trzynaście... Czternaście... Piętnaście sekund jesteśmy na szlaku. Długo, zdecydowanie za długo. Załodze potrzebna była duża doza cycków i rumu. A i Watsonowi przydała by się jakaś ptaszyna, bo nerwowy jak nigdy był. Wszystkich chciał wyrżnąć i wyrzucić za burtę.
Srebra i kamiennych diamentów było pod dostatkiem. Grabiliśmy co popadnie, więc i bogactw nam nie brakowało. Zważywszy jednak na fakt, a ten fakt należał zdecydowanie do faktów drażniących - świecidełkami się człowiek nie naje. Nie powiem, że nie próbowaliśmy, ale całe to rozcinanie i wyciąganie bebechów z naszego, chcąc nie chcąc jedynego kowala pokładowego, nie należało do najprzyjemniejszych. Dlatego też potrzebowaliśmy normalnego jedzenia! No i przy okazji kowal by się przydał. Nie miał kto nam podkuwać latających świro-koni. Ciężkie życie jest piaskowego Papirata. Przed wojną było zdecydowanie lepiej.
I wtem! Rozległ się łomot! Potężny trzask i zgrzyt, który wywołał impulsywny ból w trzewiach. Zakołatało jeszcze raz.
- Co do czarcich wymiocin Belzebuuuuba! - Watson zaistniałą sytuacją zdenerwował się jeszcze bardziej.
Wyjrzałem przez drzwi, które otworzyłem szybciej niż zazwyczaj. Sruuuuu! Odskoczyłem, a obok mej głowy przeleciała rolka niebieskiego, pachnącego papieru.
- Atakuuuują! - darł się w niebo głosy Kajbler.
Papuga przeleciała obok mego ramienia i zaczęła wydawać rozkazy.
Do roboty plugawe ścierwo! Do armat wy złajdaczałe dzierzby! - polatał przez chwile, usiadł na ramieniu, wyczekując dogodnego momentu rzekł w końcu ponownie – Szaraka ładować i pizgać w te pomyje gówienne!
Cała załoga Czarnego Automobilu zamarła. Nikt nie przejmował się rozgardiaszem panującym w koło. Wszystkie oczy zwrócone były w moim kierunku. Skinąłem godząc się na ten piekielny pomysł. Słynęliśmy w końcu na cały pustynny kres z naszego obrzydliwego okrucieństwa. A powiadam... Nie ma nic bardziej bezlitosnego i ohydnego niż szary i szorstki papier. Kto zadziera z najlepszymi niech liczy się z najgorszym.
Wszyscy biegali w tą i z powrotem, papier świstał i przecinał powietrzny bezkres. Tylko ja i mój drogi Watson staliśmy przy sterach. Gdyby nie delikatne kręcenie kołowrotem wyglądalibyśmy jak posąg, kamienne dzieło wystające ponad mozaikę hybrydo ludzi. Spokój ducha może nas tylko uratować. Czekałem na nieunikniony abordaż, który nadszedł szybciej niż się spodziewałem. Byliśmy na to przygotowani.
- Watsonie wiesz co masz robić?
- Arrrhhh! - Ryk papugi jest delikatniejszy i brakuje tego stylowego GGG w środku, aczkolwiek ma swój urok i jest iście szatański – Po to się uroooodziłem! - Zaskrzeczała i odleciała w kierunku stajni.
Poprawiłem ponownie muszkę. Chwyciłem dłonią za uchwyt drewnianej dłoni i ruszyłem w kierunku pola bitwy, która niestety została rozegrana na naszym pokładzie. Usłyszałem jeszcze skowyt Watsona przez wyjęciem broni i włączenia się do potyczki.
Dosiadać świro-konie nędzne wychłosty rzyci!
Czasami się zastanawiałem kto cieszy się większym respektem. Ja czy ta papuga? I pomyśleć, że kiedyś nikt nie brał jej na poważnie. Do momentu kiedy wydrapała oczy dwóm tuzinom Bengalskich wojakom pod czas popijawy w Starych Ramtajach w lokalu „Pod słonecznym kloszardem”. To były czasy, nie to co teraz. Banda dzieci myślących, że drewno łapą zwojują świat.
- Piotruś Pan...
- Kapitan Piotruś Pan – przerwałem kapitanowi automobilu, który miał czelność nas zaatakować – A ty zapewne jesteś osławiony w swej marności, Rysiek Dłoniorąk.
Stanął na przeciw mnie w pozycji bojowej. Wyciągnął przede mną prawą rękę. Nie miał dłoni, a drewniana dłoń była przyszyta na stałe. Legenda głosiła, że z głodu sam ją sobie odgryzł, dlatego obiecał, że już nigdy nie będzie głodny. Spasiony knur! Ciekawe co zamierza zrobić... Położyć się na mnie i czekać, aż przestanę oddychać?
Mogliśmy umówić się na udeptanej ziemi. Amortyzatory mogą mi siąść – uśmiechnąłem się do niego lekceważąco komentując jego wagę.
- Łajdaku jeden popamiętasz mnie! - Rzucił się z impetem w moim kierunku przecinając jednak tylko powietrze, bowiem wykonałem klasyczny półpirutem na lewą stronę.
Poprawiłem jeszcze raz muszkę. Podciągnąłem białe rękawiczki. Wyjąłem Drewnodłoń. Z wyciągniętym tylko jednym wskazującym palcem. Wolałem tak niż wszystkie na raz, inaczej wtedy broń zachowywała się w walce. Była mniej poręczna. Zresztą jednym palcem mogłem bez problemu wybić oko, a całej dłoni w oczodół nie wcisnę.
Poruszałem palcem nie przerwanie, raz to w górę, to znów w dół, bujając przy tym cały czas na boki. Wyprowadzało to wrogów z równowagi, ponieważ był to styl kompletnie nie do wyczucia. Nie było wiadomo, z której strony zaatakuję. Na szczęście tą prze trudną sztuką władało tylko kilku Prapiratów. Ja byłem jednym z nich, i nie chwaląc się należałem do najlepszych. Skromność nigdy nie była moją mocną stroną.
Kolejny atak, kolejny odskok wykonany bez najmniejszego problemu. Spasiona świnia!
- Może lepiej jak byś biegł za swoim automobilem? - pogładziłem się po brzuchu.
- Ach ty... - zamachnął się ponownie...
Tylko na to czekałem. Odsłonił się. Rękę wygiął do tyłu, chcąc nabrać jak największego rozmachu. Ja w tym czasie na spokojnie, bez żadnych ceregieli dziabnąłem go w oko. Lewe, ponieważ prawe już miał osłonięte przez chustę. Ślepy Papirat to mało pożyteczny Papirat. W sumie to nawet do mycia pokładu się nie nadaje, więc kompletnie nie pożyteczny.
Zawył i osunął się na kolana.
- Coś ty mi zrobił... Bandyto jeden!
Schowałem Drewnodłoń do pokrowca. Rozejrzałem się do okoła. Było po wszystkim. Kolejny przejęty statek, kolejne zwycięstwo. Watson wleciał mi na ramię.
- Wychędożyliśmy te czarcie pomioty! A tego knura za burtę! Raz! - zakrakał z całych sił.
A załoga posłusznie wykonała jego polecenie.
Udałem się z powrotem do swojej komnaty. Rzuciłem jeszcze na odchodne:
- Wschód...
Tam musi być jakaś cywilizacja.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Sleepwalking




Dołączył: 15 Cze 2010
Posty: 337
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Czw 19:15, 17 Cze 2010    Temat postu:

Hahaha Very Happy Uśmiałam się.Skąd Ty takie pomysły masz?
Ciekawa jestem,jak by to wyglądało w postaci komiksu...
Daję 23 na 23 punkty.
Powalił mnie fragment:
I pomyśleć, że kiedyś nikt nie brał jej na poważnie. Do momentu kiedy wydrapała oczy dwóm tuzinom Bengalskich wojakom pod czas popijawy w Starych Ramtajach w lokalu „Pod słonecznym kloszardem”. To były czasy, nie to co teraz.

No i zakończenie;"Na wschód, tam musi być jakaś cywilizacja" Laughing


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Alojzy.G.Cłopenowski




Dołączył: 24 Kwi 2010
Posty: 531
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Łódź

PostWysłany: Czw 19:32, 17 Cze 2010    Temat postu:

Totalny eksperyment, a jak widzę podobał się. Jedna osoba powiedziała, zebym rzucił te obyczajowe bzdury i przerzucił się na fantasy :/ Gdzie zdenerwowany pustką w głowię dotyczącą "Paranoidalnej rzeczywistości na jawie" usiadłem przed monitorem. Położyłem dłonie na klawiaturze i zacząłem pisać pierwsze rzeczy jakie przyjdą mi do głowy. Oglądałem ostatnio Monthy Pythona i czytam "Autostopem przez galaktykę", zainspirowany abstrakcją Malleusa stworzyłem TO. Dla uspokojenia dodam, że tak... Będę kontynuował, bo też się w sumie wkręciłem. 8] Zabrzmiało to tak próżnie i nonszalancko ;P
A czy wiemy skąd jest ten tekst na zakończenie? ;P Zresztą staram się wbijać gdzie popadnie jakieś klasyki w stylu Watsona czy Piratów z Karaibów.
Cytatów ze znanych filmów będzie mnóstwo.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Sleepwalking




Dołączył: 15 Cze 2010
Posty: 337
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Czw 19:40, 17 Cze 2010    Temat postu:

Wiem, to gdzieś było, nie wiem czy nie gdzieś u SZekspira.

TEż czytałam "Autostopem przez Galaktykę'.Dawno się tak już przy żadnej książce nie uśmiałam.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Malleus




Dołączył: 15 Lis 2009
Posty: 348
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 1 raz
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: po co ja się produkuje...

PostWysłany: Czw 19:41, 17 Cze 2010    Temat postu:

Aloizy ! Doskonała wieść. Ojciec mój zna pana kennedy'iego i dostane namiary na klub i czas !

Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Sleepwalking




Dołączył: 15 Cze 2010
Posty: 337
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Czw 19:43, 17 Cze 2010    Temat postu:

Kurde, jakie Wy macie chody.Znalazłam się wśród celebrytów. Razz

Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Alojzy.G.Cłopenowski




Dołączył: 24 Kwi 2010
Posty: 531
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Łódź

PostWysłany: Czw 19:46, 17 Cze 2010    Temat postu:

Shekspira to ja tylko Romeo i Julie przeczytałem. "Autostope,..." to majstersztyk. Raz bym już ją utopił w wannie, dlatego nie czytuje już przynajmniej jej pod czas kąpieli. Z palpitacji wywołanych obłąkańczym śmiechem z rąk zawsze mi wszystko wypada ;P
A ten tekst to z Seksmisji ;P Ale byłaś blisko Very Happy
Zna pana Kennedego... O_o Malleus mówiłem Ci już, ze Cię kocham? Very Happy


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Malleus




Dołączył: 15 Lis 2009
Posty: 348
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 1 raz
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: po co ja się produkuje...

PostWysłany: Czw 19:49, 17 Cze 2010    Temat postu:

Tak. Dwa razy.

Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Sleepwalking




Dołączył: 15 Cze 2010
Posty: 337
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Czw 19:50, 17 Cze 2010    Temat postu:

Shocked Shocked Laughing Laughing
No to faktycznie byłam bliiiiiiiiiiiisko.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Alojzy.G.Cłopenowski




Dołączył: 24 Kwi 2010
Posty: 531
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Łódź

PostWysłany: Czw 19:52, 17 Cze 2010    Temat postu:

Ale żeś to bez uczucia powiedział Malleus. Swoją drogą ukryty jesteś łajdaku ;P A zna go na tyle dobrze, żeby na przykład Nigel podpisał mi pewną książkę?
Z Seksmisji jeszcze się coś na pewno pojawi. Przecież to najlepsza Polska komedia, więc wstyd by był nie wykorzystując takiego potencjału.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Malleus




Dołączył: 15 Lis 2009
Posty: 348
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 1 raz
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: po co ja się produkuje...

PostWysłany: Czw 19:55, 17 Cze 2010    Temat postu:

Możliwe. (A właśnie... Ty uczysz w LO czy cóś ?)

Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Alojzy.G.Cłopenowski




Dołączył: 24 Kwi 2010
Posty: 531
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Łódź

PostWysłany: Sob 13:51, 19 Cze 2010    Temat postu:

Kolejna część przygód dzielnego Kapitana Piotrusia Pana i jego kompani! Very Happy Mam nadzieje, ze się spodoba. W ten rozdział włożyłem już trochę więcej serca, i jak znam życie wyszło gorzej ;P Przekonamy się. Miłej lektury!



Leciałem wśród przestworzy. Wzbiłem się ponad chmury, który przyjemnie opatulały moją twarz puchem. Świro-koń zawył dziko i rzucił się pędem w dół, kręcąc beczki i pikując pionowo. Ześwirowane stworzenie powiadam, które cholera wie, dlaczego po prostu nie nazwane zostało Świro, lub Świr, albo Świruk. Kocia twarz, z długimi sumowymi wąsami; żyrafią szyją w kropki bordo; tułowiem konia, z którego wystawały kolibrowe skrzydła; pasiastymi nogami, jak u zebry; kozimi kopytami i zwiniętym, świńskim ogonem. Tułów był największy, więc zapewne, z tego względu, pradawni filozofowie nazwali te stworzenia Świro-Końmi.
Wylądowałem na pokładzie Czarnego Automobilu. Zbliżaliśmy się do TuhajBejów Ciemieniowych. Jedna z większych metropolii, której budowle wzbijały się na ponad dwanaście metrów i trzydzieści cztery centymetry. Licząc małe antenki nadawcze, można było się pokusić o dodanie kolejnych piętnastu centymetrów, ale dobudowano je po mierzeniu i nikomu nie chciało się już ponownie liczyć. Musieliśmy na pewno zaopatrzyć się w racje żywieniowe, żeby nikt nie mógł nazwać mnie idiotą, że niby tylko srebro i srebro mi w głowie. Po prostu cała, spasiona załoga zżerała wszystko na potęgę.
Gdy tylko stanąłem przy sterach, Watson zasiadł na mym ramieniu.
Wyglancować mi wszystko na błysk parszywe pomyje! - zawył i podziobał się pod prawym skrzydłem.
Załoga rzuciła się do szorowania.
Podbiegł do mnie Kejbler.
- Kapitanie. Zbliżamy się do miasta! Zarzucić Banderę?
- A co myślisz ty gówieński bękarcie wszetecznicy! - zakrakała papuga.
Skinąłem tylko głową i Kejbler oddalił się w pośpiechu. Na maszt wciągniętą naszą Banderę. Złocistą gwiazdę, w której znajdowała się krwisto, czerwona dłoń z dwoma kciukami, ściskająca kaktus pejotl.
Sztandar znany na całe pustynne bezdroża. Nikt nie ważył się nam podskoczyć, bowiem słynęliśmy z podłego okrucieństwa. Całą załogę tworzyli różnej maści rezuny, począwszy od grasantów, przechodząc przez przecherów, a kończąc na psychopatycznych rębajłach. Do wyboru, do koloru.
Potężne wrota powoli zaczęły się otwierać. Uchylając co raz więcej, najbardziej rozwiniętego miasta na tym parszywym świecie. Dosłownie wszystko było tutaj zelektronizowane. Populacja obywateli TuhajBejów Ciemieniowatych wynosiła zaledwie dwadzieścia procent reszta to przesiedleńcy. Wielki zlepek imigrantów z różnych światów jak i pustynnych włóczęgów, czy dziarskich band Papirackich.
Już na wstępie przywitał nas gigantycznych rozmiarów telebim, na którym pojawiła się zakapiorowa morda szeryfa Łajmata Oerpa.
„Wszelką broń składujemy na posterunku! Surowy zakaz noszenia przy sobie Drewno-Dłoni, Bąkokuków, czy też Razdagiardów! Znalezienie przy kimś choćby knykcia papieru toaletowego będzie karane natychmiastową szubienicą, zakuciem w dyby, poćwiartowaniem, spaleniem i rozrzuceniem prochów na siedem stron Wszechświata!”
Głos umilkł. Najgorsze w tym jest, że na kupno jakiejkolwiek broni trzeba dostać pozwolenie od szeryfa. Żeby dostać pozwolenie od szeryfa, trzeba mieć pozwolenie od najwyższej rady, a żeby mieć pozwolenie od najwyższej rady, trzeba mieć pozwolenie od burmistrza.
Na szczęście w „Pod Rozchędożoną Jałówką” można znaleźć hochsztaplera, który ci te wszystkie papiery za drobną opłatą załatwi. I co najważniejsze, można się tam napić, rozsławionego Mormogwizdu. A powiadam, na świecie nie było lepszego rumu niż Mormogwizd.
Przyrządzała ją na podstawie pradawnej mikstury lud wywodzący się ze świata Mormonlandi. A mieszkańcy tegoż świata zwali się Mormonami, a nie tak jak można by przypuszczać Mormonlandczykami. Oj, dziwny był to ród, pod każdym względem. Wszyscy nosili granatowe spodnie, wyprasowane w kant; na korpusie zaś dziwaczne, niczym nie ozdobione rubaszki, z jeszcze dziwniejszą kieszonką po lewej stronie - A w nich zawsze jakieś, długopisy, notesy, i specjalne łyżki do mieszania mikstur. Kamasze najzwyklejsze, czarne z ostrym szpikulcem. Na plecach wisiał stale hebanowy juk, w którym posiadali wszystkie najważniejsze substancje do wytwarzania nie tylko rumu, ale i także oleju napędowego do Automobilów.
Nikt nigdy nie mógł dojść dlaczego składniki rumu i oleju napędowego są tak do siebie podobne. Każdy przestawał się głowić już po pierwszej szklaneczce tegoż to nektaru. Kiedyś, dawno temu pewien znany prafilozof, zwany Arystokratesem rzekł przechylając cały dzban: „A kogo tu *yup* w ogóle obchodzi *yup*”. I tak też już zostało.
Zakotwiczyliśmy Automobil przy przystani, w której znajdowało się również wiele innych Prapirackich pojazdów. Z tego co się orientowałem po banderach w mieście były bandy Wesołego Kazia, Romualda Remomapitasa, Karkołomnego Kastrata i Lisicy Prosto-Włosej.
- Lisiczka tu jeeest! - Zatelepał skrzydłami Watson.
- Zauważyłem – Poprawiłem kapelusz z piórem zerwanym z kupra najrzadszego ptaka Orloniksa. Całe czerwone z czarnymi pręgami. - Nie musisz się tak drzeć drogi Watsonie.
Naciągnąłem białe rękawice i wydałem rozkazy bosmanowi:
- Pojazd ma lśnić.
- Lśniiiić! – zaskrzeczała papuga.
- Sprawdź ciśnienia w oponach.
- Ciśśśnienie! - ponownie zawtórowała.
- Wymień olej.
- Oleeej!
- Na miłość Borgonauty zamilknij! - Papuga spuściła głowę po słownej reprymendzie. Poprawiłem marynarkę i dodałem – Zapełnić spichlerz, a później macie wolne do jutra. Po południu wszyscy mają być zwarci i gotowi. Zrozumiano?
- Tak jeft – zafaflunił bosman, bowiem posiadał tylko dwa zęby. Jeden do otwierania trunków, a drugi tak jak sam mówił, żeby go po prostu bolał.
- Odejść.
Machnąłem ręką i udałem się do kantyny „Pod Rozchędożoną Jałówką”. W drodze Watson szturchnął mnie po ramieniu.
- Co jest stary druhu? - zapytałem nad wyraz zasmuconą papużkę.
- Piotruś... Nie krzycz na mnie więcej. To psuje moje moralne. – zaszlochała.
Skinąłem głową i rzuciłem mu na zgodę kawałek zeschniętego owoca kiwi, którego Watson po prostu ubóstwiał
W lokalu jak to w cuchnącej remizie. Wszędzie walały się ciała jakiś zapijaczonych mord przysypanych pustymi już butlami. Dosłownie dwa światy. Na zewnątrz, czystość i ład. Spokój w na prawdę pięknym mieście, a w środku istny rozgardiasz. Śpiewy, krzyki, bójki. Wszystko czego zapijaczona dusza potrzebowała. Nie pasowałem tutaj kompletnie. Dystyngowany i arystokratyczny Papirat z nienagannymi manierami nijak nie imał się tej hołoty. Niestety przybyłem tutaj po pozwolenia, a tego w „Nad Chmurką Niebiańskich Fałd Gabrieli Piękno Okiej Z Jeszcze Piękniejszymi Blond Włosami” znaleźć nie mogłem. Mimo iż Gabriela była, że się tak wyrażę, obdarzona potężnymi gabarytami to byłą na prawdę śliczną damą. Tylko po co wymyślać od razu taką długą nazwę na kawiarnię? Tego chyba nigdy nie zrozumiem.
Zasiadłem w kącie przy stoliku, którym siedział starszego już wieku brodaty mężczyzna. Jego prawe srebrne oko kręciło się bez ustanku. Twarz miał poparzoną, a na uszach miał wymyślne kolczyki. Ubranie czyste, aczkolwiek podziurawione. Lata świetności bynajmniej, miały już za sobą.
- Piotruś Pan... - zagaił pierwszy, brodacz.
- Albert Srebrnotrzeszcz – złapałem za kapelusz w geście przywitania – - - Miło cię znowu widzieć.
- Dobra, dobra. Czego znowu? - wypalił prostu z mostu Albert.
- Nie napijemy się czegoś najpierw? Miałem straszną ochotę na lampkę Mormogwizdu.
- Gówno prawda. Nie pijasz tych pomyj. Przejdźmy od razu do rzeczy.
- Niech tak będzie – Położyłem kapelusz na krześle obok, na której poręczy usiadł Watson.
- Przydało by mi się dwadzieścia Drewno-Dłoni. Z dziesięć Bąkokuków. I jeden, najnowszej generacji platynowy Razgardier z długim na pięć knykci srebrnikiem. Do tego pięćset szpul Szaraka. To by było na tyle. Co ty na to?
Tułacz wychylił się na krześle, jedną dłonią pogładził się po brodzie, a drugą zaczesał swą jurną czuprynę na lewy bok.
- Będzie cie to sporo kosztować. Wiesz o tym?
- Cena nie gra roooli – zawyła papuga.
- Tysiąc koła papieru w Gwindonowej walucie dziś wieczór, w uliczce przy chałupie kowala, a jutro przed południem w porcie będzie na ciebie już czekała świeżutka dostawa.
- Tysssiąc! Chędożony cygan!
Albert wstał na równe nogi i wycelował z Bąkokuka prosto w skroń Watsona. Był jednym z najlepszych strzelców z tejże broni. Można było ją trzymać tylko dwoma palcami, wskazującym i kciukiem, ponieważ większy nacisk mógłby spowodować wybuch pistoletu. Drugą dłonią naciskało się czerwony guziczek, który służył jako spust. Bąkokuk mógł miotać kule na odległości milionów kwadylionowych mil z prędkością potrójnego zniczoświatła. Co w przybliżeniu dawało jakieś dwieście metrów na dziesięć sekund czasoprzestrzennych. Mniej więcej tyle ile wynosiło tempo przeciętnego pojazdu.
- Nie będzie mnie obrażała jakieś byle ptaszysko!
- Stań do równej walki jeśli ci odwaaagi starczy! - Zripostowała papuga.
Pokiwałem tylko głową.
- Uspokójcie się. Pieniądze będą na ciebie czekać. Rozgardier dostarcz z rana do lokalu „Nad Chmurką Niebiańskich Fałd Gabrieli Piękno Okiej Z Jeszcze Piękniejszymi Blond Włosami”. Albercik, my wychodzimy. - wstałem, założyłem kapelusz i udałem się do wyjścia – Rusz kuper Watson.
Papuga przeszyła ostatni raz wzrokiem starca i odleciała. Usiadła mi na ramieniu.
- Jak bym chciał to byym go rozkwasił w drobny mak!
Przytaknąłem i ruszyłem w kierunku „ Nad Chmurką Niebiańskich Fałd Gabrieli Piękno Okiej Z Jeszcze Piękniejszymi Blond Włosami”. Miasto tętniło życiem. Co rusz mijali nas ludzie z wypchanymi torbami, pełnymi różnych, różniastych zakupów. Nigdy się nie zatrzymywali, pędzili przed siebie, a w głowie mieli tylko plany dotyczące kolejnych odwiedzonych sklepów. Ślepy konsumpcjonizm nie skończył się nawet po wojnie.
Nie potrafił bym założyć rodziny i ustatkować się. Wejść do tej klatki pełnej myszy laboratoryjnych. Pragnąłem przygód i walki. Ciągłych podróży. Było jeszcze tyle do zobaczenia. Pod gruzami pradawnych miast, znajdowało się jeszcze mnóstwo nieodkrytych skarbów przeszłości.
- Leć do Kejblera i przekaż mu wszystko. Niech zamieni świecidełka na Gwidońską walutę. Tysiąc koła papieru, wieczorem przy chacie kowala. Zrozumiałeś?
- Taaak. - Zamachał skrzydłami.
- Do zobaczenia więc jutro.
- Juuutro! - Zaskrzeczał po raz ostatni i zniknął w tłumie pędzących maszyn.
Poprawiłem muszkę i wszedłem do lokalu. Była bowiem tylko jedna kobieta, która mogła zmusić mnie do ustatkowania.
- Witam cię Piotrusiu! - Wrzasnęła urodziwa, lecz gruba Gabriela. - Kochanie stolik dla ciebie jak zawsze przygotowany. Sypialnie moje dzielne kruszyny już szykują. Kąpiel będzie gotowa za godzinę.
- Dziękuje madame Gabriele - I nie. Nie chodziło mi o nią. - Mała, czarna i klopsiki z Putinów.
Po uściskach w końcu mogłem rozsiąść się w wygodnym fotelu i popijając kawbatę czekać na zamówienie. Pustynny przysmak, klopsiki nadziewane mięsem z Putina. Zwierzątka podobne do żółwi; sześć par łap, bez skorupy, i z czuprynką fioletowych, szpiczastych włosów zaczynających się na głowie, a kończąc na ogonie. Wyglądały kompletnie inaczej, ale i tak każdy porównywał je do żółwi. Wydawały z siebie dziwny pisk, który wsłuchując się, można wyłapać słowa „Pu-tin-tin-tin”. Stąd ta nazwa. Przynajmniej to się zgadzało.
Skończyłem jeść, odłożyłem sztućce i wełnianą chustą przetarłem usta. Wziąłem łyka z filiżanki z ozdobnymi rysunkami przedstawiającymi kobiety w negliżu.
- Proszę, proszę. Kto by pomyślał, że Piotruś się tu pojawi – Na przeciw mnie usiadła Lisiczka Prosto-Włosa. Piękne, długie, rude włosy spięte z tyłu głowy w kucyk, który dosięgał do pasa. Nigdzie, ale to nigdzie nie było nawet najmniejszej fali, idealnie proste włosy. Chodząc machała nią ponętnie, niczym lisiczka swoją kitą. Usta jak zwykle krwisto czerwone, okrągłe policzki, zielone oczy z ciemnym tuszem na rzęsach, podkreślające ich wielkość. Policzki lekko przypudrowane różem, co sprawiało wrażenie ciągłego zarumienienia się. Ubranie ściśle, opinało jej krągłe kształty. Skórzana, kurtka eksponująca jej dekolt i odsłaniająca brzuch, jak i czarne biodrówki, które nadawały wypukłości jej jędrnym pośladkom.
- Panna Izabel, jak zwykle piękna i urodziwa.
- Oj przestań słodziaku – podała mi dłoń do ucałowania. - Co cię sprowadza w te skromne progi?
- Musiałem zapełnić zapasy. Jutro znów w drogę. Słyszałem, że za Księżycowym Gajem, jest kraina jeszcze nie odkryta. Chce to sprawdz...
- Tak daleko jeszcze nikt się nie zapuszczał – Przerwała mi w połowie słowa.
- Więc może wybierzesz się ze mną? - Uśmiechnąłem się do niej – Co dwa Mobile to nie jeden. Łupy podzielimy po połowie.
- Pożyjemy, zobaczymy słodziutki – Odwzajemniła ślicznym uśmiechem.
Pogładziłem ją po dłoni. Siedzieliśmy tak przez chwilę, wpatrzeni w siebie co chwilę wzdychając namiętnie. Wiedzieliśmy do czego to dąży, więc wstaliśmy i w ciszy udaliśmy się na piętro. Czekała na nas w końcu, gorąca kąpiel.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Sleepwalking




Dołączył: 15 Cze 2010
Posty: 337
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Sob 14:15, 19 Cze 2010    Temat postu:

Malleus napisał:
Możliwe. (A właśnie... Ty uczysz w LO czy cóś ?)


Nie,dorosłych.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Alojzy.G.Cłopenowski




Dołączył: 24 Kwi 2010
Posty: 531
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Łódź

PostWysłany: Sob 14:48, 19 Cze 2010    Temat postu:

Ja nie mam nic przeciwko offtopom, ale przy okazji można by było zwrócić uwagę na główny temat... Jakim na przykład jest moje wspaniałe dzieło ;P

Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Lestat_de_Lincourt




Dołączył: 01 Cze 2010
Posty: 160
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Sob 14:56, 19 Cze 2010    Temat postu:

/nima i już/

Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Lestat_de_Lincourt dnia Pon 8:24, 08 Lis 2010, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Pisarskie podziemie Strona Główna -> Opowiadania Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Idź do strony 1, 2  Następny
Strona 1 z 2

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2002 phpBB Group, Theme by GhostNr1